Spór dotyczy kluczowej kwestii — tzw. „trybu pandemicznego”, czyli nadzwyczajnych uproszczeń, które pozwalają lekarzom spoza Unii Europejskiej, w tym m.in. z Ukrainy czy Białorusi, na podjęcie pracy w polskim systemie ochrony zdrowia bez konieczności przechodzenia pełnej nostryfikacji dyplomu czy egzaminu LEK. Przepisy te miały obowiązywać tymczasowo, w czasie epidemii COVID-19, jednak były wielokrotnie przedłużane i – zdaniem samorządu lekarskiego – zaczęły być nadużywane. Naczelna Izba Lekarska od wielu miesięcy alarmowała, że brak kontroli nad kwalifikacjami niektórych medyków spoza UE stanowi zagrożenie dla pacjentów i podważa zaufanie do zawodu lekarza.
Przyjęta przez Sejm nowelizacja ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy utrzymywała te przepisy, co spotkało się z ostrą reakcją środowiska medycznego. Kiedy prezydent ogłosił weto, wydawało się, że postulaty lekarzy zostały wysłuchane. Jednak już kilka godzin później okazało się, że do Sejmu wpłynął prezydencki projekt ustawy, który podtrzymuje istnienie uproszczonego trybu. Różni się głównie konstrukcją legislacyjną — być może bardziej przejrzystą — ale sens i skutki zapisów pozostają niezmienione.
To właśnie ta niespójność wywołała największe oburzenie. Samorząd lekarski, który przez moment mówił o zwycięstwie, musiał skonfrontować się z rzeczywistością. Prezydent nie tylko nie odrzucił uproszczonego systemu, ale samodzielnie go odnowił. W dodatku zrobił to w trybie, który pomija wcześniejszy proces konsultacji społecznych, w którym brali udział m.in. przedstawiciele NIL. W wypowiedzi dla Rynku Zdrowia samorząd skomentował sytuację krótkim, gorzkim zdaniem: „Presja ma sens”, które — w nowym świetle — wybrzmiało jak sarkazm.
Środowisko lekarskie coraz częściej podnosi pytania nie tylko o samą treść zmian, ale o sposób prowadzenia polityki legislacyjnej. W ich ocenie mamy do czynienia z działaniem pozornym: z jednej strony deklaruje się dbałość o bezpieczeństwo pacjentów i standardy zawodowe, z drugiej – po cichu utrzymuje mechanizm, który miał być tymczasowy, a dziś staje się systemowy. Eksperci zwracają uwagę, że takie praktyki obniżają jakość debaty publicznej i zaufanie do instytucji państwa.
W tle rozgrywa się także kwestia realnych potrzeb systemu ochrony zdrowia. Liczba lekarzy w Polsce pozostaje jedną z najniższych w Unii Europejskiej, a wiele szpitali — szczególnie powiatowych — nie byłoby w stanie funkcjonować bez wsparcia kadry zza wschodniej granicy. Przeciwnicy całkowitego zamykania drogi dla medyków z Ukrainy podkreślają, że system po prostu nie przetrwa bez ich udziału. Ale samorząd lekarski nie neguje potrzeby wsparcia — domaga się tylko przywrócenia mechanizmów weryfikacji i odpowiedzialności, aby zagraniczni lekarze podlegali tym samym regułom co polscy absolwenci.
Na razie projekt prezydencki czeka na rozpatrzenie przez Sejm. Trudno przewidzieć, jakie poprawki zostaną wprowadzone i czy dojdzie do realnych zmian w trybie uznawania kwalifikacji. Pewne jest natomiast jedno — środowisko lekarskie, które przez moment poczuło się wysłuchane, dziś czuje się oszukane. I ten brak zaufania może mieć konsekwencje większe niż sam kształt ustawy.